CEGLARNiA
– stodoła, która zachwyca

miejsce Ceglarnia
suknia Marta Trojanowska
kwiaty INNA Studio
makijaż Delfina Kardas
muzyka DJ Michał Marat

.

Slow Wedding, no więc czy może być piękniej?

To jeden z tych ślubów, o którym intensywnie myślisz już od dnia podpisania umowy. Dzień przed starannie pakujesz plecak i nie możesz doczekać się chwili, w której weźmiesz do rąk aparat (albo dwa) i zaczniesz tę historię. Właściwie przyjeżdżając na miejsce wiedziałam już O KIM będę opowiadać i wiedziałam również CO opowiem. Poznaliśmy się z Lizą i Szymkiem na sesji narzeczeńskiej, chociaż prawdę mówiąc już na pierwszym spotkaniu wiedziałam, że mamy wspólne flow i ten ślub to będzie prawdziwa estetyczna petarda. Co więcej w ich towarzystwie czułam się jak w gronie starych dobrych przyjaciół, mogliśmy powiedzieć sobie o wszystkim, totalny luz i wielkie wsparcie płynące z obu stron. To jeden z tych slow wedding, na którym chce się być, do samego końca, do białego rana! Musicie mi uwierzyć – to zdecydowanie był jeden z takich ślubów, na którym płacze nie tylko ukochana babcia, ale i fotograf skrywa dozę wzruszenia starając się uwiecznić każdy cenny moment. A takich momentów tutaj nie brakuje, na pewno nie. Ja zapamiętam na długo, oni na zawsze, a i Wam niektóre kadry pewnie zostaną w pamięci chociaż na jakiś czas (byłoby miło jak nie wiem).
.

Spójność i jeszcze raz SPÓJNOŚĆ

Wiele można powiedzieć (dobrego) o tym ślubie, ale jedno jest pewne na milion procent. Lizka i Szymek pięknie zadbali o to, aby wszystko do siebie pasowało. Ani jeden szczegół nie był tam “od czapy”. Przygotowania miały miejsce w Ceglarni, ślub w pięknym drewnianym kościele w Gogolewie, zaledwie 15 minut od stodoły, natomiast finał w postaci wesela miał miejsce właśnie w przepięknej rustykalnej stodole w Ceglarnii Jarosławki. Zwróćcie uwagę jak każde z tych miejsc cudownie ze sobą zagrało, ma to ogromny wpływ na odbiór całego reportażu ślubnego.

.

To trzeba na spokojnie – w rytmie slow

…wedding. Lizka, Szymek i ich goście (no i przy okazji ja, bo również czułam się na tym ślubie i w tym zacnym gronie totalnie wyjątkowo) mieliśmy czas na wszystko. Była nawet pizza, a obok wisiała suknia Lizki i nikt nie dostawał gorączki na widok tego połączenia. Tam po prostu panował wszechobecny luz i spokój, co na pewno pomogło Lizce i Szymkowi przeżyć ten dzień bez zbędnego stresu i nerwów. Tylko spokój, tylko spokój nas uratuje!

.

Mikromomenty, ale i ogień na parkiecie

To nie byłby dzień Lizki i Szymka, gdyby nie ONI oczywiście, ale na całość wpływ miały również istotne mikroelementy, które w dużej mierze zbudowały klimat i pozostaną na zawsze wyjątkowe w sercach młodej pary. Przygotowania z przyjaciółką u boku, piękny firstlook sam na sam, podziękowania dla rodziców w kościele (napisane od serca przez Lizkę i Szymka – tutaj i ja płakałam, przyznaję), sesja w dniu ślubu, gdzie można było wymienić się na spokojnie wrażeniami i spędzić ze sobą choć chwilę, na spokojnie. A później już głośna zabawa i tańce, jakich dawno świat nie widział, bo przypominam, że to samiuśki początek lipca 2020 – i jedno z pierwszych wesel w Polsce po narodowym siedzeniu w domach. Co tu dużo mówić… Był slow wedding, a w swoim czasie był także ogień, po prostu.

.

♡.

Comments
Add Your Comment

ZAMKNIJ